Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Recenzje
Wpisany przez Jerzy Suchanek czwartek, 12 kwietnia 2012 19:11
Podróże nocą są snami, sny są nocnymi podróżami. Książką „Pędzące noce w wagonach. Opowiadania” Ewa Klajman-Gomolińska zabiera nas w oniryczną rzeczywistość, której obraz zdaje się zmieniać z prędkością pędzącego pociągu. Miga, pulsuje, jak krajobraz za oknem ekspresu lub pospiesznego - wtedy, gdy taki pociąg jedzie, choć jak ostatnio zauważyłem, czas postojów naszych pociągów jest dłuższy niż czas ich jazdy. Już tytułowe opowiadanie wciąga nas w nerwowy kalejdoskop, jakby fotografie w fotoplastikonie zmieniały się co ćwierć sekundy, jakby komputerowy pokaz slajdów polegał na migotliwym nakładaniu kolejnego zdjęcia na poprzednie. Wszystko jest zmienne, ikony rzeczywistości mieszają się z ikonami rzeczywistości wirtualnej, medialnej. Wszystko jest, lub może być w każdej chwili czym innym. „(...) Warszawa to Mount Everest (...)”, a gdy „(...) Chodzimy po warszawskiej Starówce (...) zmienia się w gdańską Starówkę i pachnie morzem. (...)”
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Ewa Gryguc sobota, 07 kwietnia 2012 13:48
W sklepie Herszamana na ulicy Proreznej w Kijowie, u progu XX wieku wielbicielom podróży oferowano kufry, walizki, sakwojaże, nesesery, portpledy, pudełka, poduszki i troki. Akcesoria niezbędne ówczesnym globtroterom. Współczesny wojażer nie zabiera ze sobą kufra, sakwojaża i portpledu (o ile wie w ogóle, że rezygnuje z podróżnego worka na pościel), czasami pamięta o poduszce. Wetknie też do kieszeni walizki książkę by zabić czas, albo bezosobowy przewodnik, by nie przeoczyć „najważniejszych” zabytków, obrazów, restauracji, sklepów.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Ilona Marczak środa, 28 marca 2012 12:55
Rzeczy są dowodami rzeczowymi, nie wzięliśmy się znikąd, i czasem bywają naładowane bardzo pięknymi uczuciami1 -- to zdanie może służyć za uzasadnienie niezwykle widocznej obecności przedmiotów w powieściowych rzeczywistościach, które kreuje Stefan Chwin. Niektórzy czytają jego książki jako „syntezę mieszczańskiej kultury” czy „apoteozę mieszczańskiej moralności”, ale od takich sądów autor dystansuje się w polemicznych wypowiedziach. Świat przedmiotów zapisuje doświadczenia, na nim odciska się piętno ludzkiej egzystencji. Dawniej przedmioty indywidualizowały człowieka, musiały się do niego niejako dostosować, dziś produkcja seryjna zmusza do zmieszczenia się w schematach. I nad tym Chwin ubolewa.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Ariana Nagórska czwartek, 22 marca 2012 15:27
Obserwując niejednokrotnie zachowania autorów budzące w oczach otoczenia uzasadnione, krytyczne komentarze, dochodzę do wniosku, że niemal wszystkie braki w dziedzinie dobrych manier wywodzą się w tej grupie z dwóch grzechów głównych: albo z prostackiej pychy, albo z obezwładniającego lenistwa (bądź też z obu tych przywar równocześnie). Powszechność niewłaściwych zachowań powoduje, że niektórzy zaczynają traktować je jak oczywistość, nie widząc w nich nic nagannego. To prawie tak, jak z nagminnym bluzganiem w miejscach publicznych - masowość zjawiska wielu uniewrażliwia, stąd standardy zachowania stają się coraz bardziej lumpowate.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Anita Nowak czwartek, 15 marca 2012 04:35
Kamilę Jankowską pamiętam jeszcze z czasów, kiedy jako nastolatka marząca o karierze aktorskiej chodziła za kulisy Teatru Polskiego w Bydgoszczy po wskazówki do Romana Gramzińskiego. Do egzaminów do szkoły teatralnej zaczęła przygotowywać się bardzo wcześnie i bardzo systematycznie. Kiedy po latach zobaczyłam ją już jako absolwentkę szkoły aktorskiej na scenie Teatru im. Wilama Horzycy, z którym na kilka lat związała się etatowo, byłam oszołomiona nie tylko jej talentem, ale i warsztatem.
W listopadzie 2001 roku Kamila Jankowska objawia toruńskiej publiczności swoje umiejętności ruchowe, aktorskie, wyczucie rytmu, i sceniczny wdzięk w „Damach i huzarach” Aleksandra Fredry w reżyserii Andrzeja Bubienia, a w grudniu 2001 podbija jej serca wyobraźnią artystyczną i precyzją w musicalu „Kocham Paryż”. Choć występuje w wielu numerach solowych, każdemu umie nadać niepowtarzalny charakter i klimat. Następny sezon to „Moralność pani Dulskiej” w reżyserii Andrzeja Bubienia. Lepszej Hesi chyba nawet sama Zapolska nie potrafiłaby sobie wyobrazić. Ekspresja, żywiołowość, kokieteria zbliżona chwilami do perwersyjnej prowokacji zagrana z anielskim wyrazem twarzy sprawiły, że uwaga publiczności w ogromnej mierze koncentrowała się na tej młodziutkiej aktorce. Potem było jeszcze parę równie udanych ról i nagle Kamila Jankowska z Torunia znikła, by pojawić się tu już jako autor układów choreograficznych. I jak się okazuje nie tylko w Grodzie Kopernika, ale i w Krakowie w Teatrze Juliusza Słowackiego i Teatrze „Bagatela” odnosi na tym polu ogromne sukcesy.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Proza
Wpisany przez Anna Piliszewska czwartek, 15 marca 2012 04:41
- Każdemu się przytrafić może jakaś kraksa w życiu… – rzekł sędziwy Łopata, potrząsając patriarchalną brodą.
- Ty, Łopata , to dzisiaj jesteś jakiś prorok... - westchnął junior Kapusta, splunąwszy siarczyście spod starej jabłonki w kierunku chlewików. Strzał był zadziwiająco celny! Wprost w świńskie koryto , spotkał się więc z aplauzem całej naszej paki.
- Bo nad człowiekiem zwykle wisi katastrofa… - jęknął głucho Łopata.
Piliśmy już od rana w ogrodzie Kapusty. Doprawdy nie wiem, skąd wziął się u dziadka ten wisielczy humor…
- Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było!- zaprotestowałem słowami Morcinka , które poczciwy pisarz onegdaj włożył w usta jednego z bohaterów swojej ,,Czarnej Julki”. Ową ,,Czarną Julkę” dostałem od ciotki w rocznicę komunii. Ze względu na niebywałą awersję do książek, rypnąłem to dziadostwo wysoko, na szafę. Jednak razu pewnego powieść spadła z trzaskiem, kalecząc mi nogę i chyba z czystej złości jąłem…ją e… no… studiować po trochu.
Tak to raz pierwszy i ostatni w życiu przeczytałem książkę, a poprzez słowo pisane doświadczyłem bolączek poczciwej, śląskiej biedoty. Zaś Morcinka pokochałem jak własnego ojca! Bo tamto, książkowe życie było tak, jak nasze… A w głowie raz na zawsze skrupulatnie zapisałem najmądrzejsze słowa, by stały się mym credo: - JESZCZE NIGDY NIE BYŁO, ŻEBY JAKOŚ NIE BYŁO!!!
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Alicja Sommerfeld poniedziałek, 05 marca 2012 20:07
"Od stuleci ludzie karzą siebie wzajemnie i od stuleci pytają się, czemu to robią" (Eugen Wiesnet)
W Polsce, ale też w szeregu innych państw obowiązuje tylko jeden trend w zakresie polityki wymierzania kar: w górę. Wzrost nastrojów punitywnych tłumaczony jest obawami społecznymi przed szerzącą się przestępczością, często wywołanymi przez media nastawione na tanią sensację. Nakłada się na nie przekonanie o niskiej realnej skuteczności kary pozbawienia wolności przy wysokich kosztach ekonomicznych i społecznych, z jakimi ona się wiąże.
Więzienia w Polsce są w stanie, które określa się mianem "przedzawałowy". Przepełnienie wynosi obecnie średnio 120 procent i przy obecnym zaostrzeniu kursu polityki kryminalnej ma stałą tendencję wzrostową. Przy maksymalnej pojemności 60 tysięcy miejsc, przebywa w nich obecnie 89 tysięcy skazanych. Co gorsza szacuje się, że z już prawomocnymi wyrokami w kolejce do bram tej instytucji stoi około 30 tysięcy osób. O spełnieniu norm europejskich się już nawet nie myśli. Wymowę tych liczb można zbyć twierdzeniem, że przecież więzienie to nie jest luksusowe spa, lecz miejsce, gdzie odbywa się karę za przestępstwo. Nie można jednakże stracić z pola widzenia faktu, że w sytuacji, gdy jest ono instytucja bardziej odczłowieczającą niż uczłowieczającą, zamiast czynić tego, do czego zostało utworzone, czyli walczyć z demoralizacją, przysłuży się tylko temu, że zdemoralizuje jeszcze niezdemoralizowanych. A każda kara kiedyś się kończy.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Alicja Kubiak poniedziałek, 05 marca 2012 20:03
Czytałam spokojnie artykuł Juraty Bogny Serafińskiej pt. “Kot w literaturze i sztuce” (“Akant”,2006, nr 11, s.42-44 ), gdy wzrok mój zahaczył przypadkowo o otwartą gazetę “Kultura TV” (piątek, 29.12.2006r., dodatek do “Dziennika”). No i nieszczęście stało się tak nagle, że teraz żałuję mimowolnego odruchu czystej ciekawości. Skończyłam swoją lekturę i skuszona ciekawością na temat nowinek o filmie Mela Gibsona “Apocalypto” zaczęłam czytać wywiad, który przeprowadził Olly Richards. Kontrowersyjny reżyser w pierwszej kolejności musiał wytłumaczyć swoje wypowiedzi antysemickie wykrzyczane pod wpływem upojenia alkoholowego, następnie pytania zostały skierowane na film. Pytanie brzmiało: “Skąd pomysł na historię o cywilizacji Majów?” i zostało, w moim mniemaniu, dość jasno sprecyzowane. Nie dotyczyło Indian Ameryki Północnej, Azteków, Inków czy Aborygenów, tylko wyraźnie – Majów. Co przeczytałam w odpowiedzi? : “To bardzo interesująca kultura. Tylko w ciągu ostatnich 30 lat dowiedzieliśmy się wielu nowych szczegółów na temat Majów. Zawsze fascynowała mnie ich tajemnica. Jak to się stało, że ich cywilizacja po prostu zniknęła z powierzchni ziemi? Wyobraź sobie, że jesteś w Peru, patrzysz na Machu Picchu. Prawdopodobnie to legendarne miasto wieki temu zostało opuszczone przez mieszkańców w ciągu jednego dnia. A stoi do dzisiaj – nic się nie zawaliło, nic nie spłonęło. Przetrwało tyle czasu w idealnym stanie, a jednak nikt tam nie mieszka. Co spowodowało to spustoszenie? Plaga? Strach? To wielka tajemnica.”
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Dariusz Pacak niedziela, 19 lutego 2012 19:32
Przemijanie jest jedyną stałą w rozumieniu ludzkiej egzystencji i w poznanych nam do dzisiaj wymiarach. Jest ono jednak niepopularne w naszym rodzaju cywilizacji, w której wszystko jest stałe: ubezpieczenia na pewność gwarantujące stałe zdrowie i stałą przyszłość, akty własności materialnych na sto lat, a więc na stałe, stała praca, stały związek, stałe granice, stałe posiadanie. W tej stabilizacji i tak panta rhei – czy chcemy, czy nie.Tego boimy się dziś, kierowani systemem coraz dalej i dalej od rzeczywistości.
Człowiek nie jest tylko formą materialną tak jak domena zachodnio europejskiej cywilizacji, emanującej już na wszystkie kontynenty.
Nasze przywiązanie do pojmowania siebie jak i otoczenia, poprzez własne receptory jest smutnym faktem. Przecież, ze ściśle określonych powodów, zdolności poznawcze homo oeconomicus są zblokowane. Potwierdzającym tę tezę, wnikającym w naszą codzienność najbliższym przykładem, jest prymitywizowanie nas przez dzisiejsze struktury systemowe. Ale myślę jeszcze o świadomym ograniczeniu nas przez ewolucję, energię kosmiczną, Wszechbyt, czy jakość absolutną zwaną Bogiem.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Witold Wojciech Mazur niedziela, 19 lutego 2012 19:15
Przedstawiciele nauk ścisłych twierdzą, że pomiędzy poezją a patologicznym rozszczepieniem skojarzeń można postawić znak równości.
Ile w Polsce, w Europie, na świecie jest ludzi piszących poezję (i tę wielką i małą, tę dobrą i tę złą, tę lubianą i tę, która będzie zapomniana)?
Jaka by to nie była liczba, trzeba by było autorów wierszy dołączyć do grupy pacjentów umówionych na wizyty w gabinetach psychoteraupetycznych, jeśli teza o chorej jaźni okazałaby się słuszna. Różnica między pacjentami gabinetów, którzy muszą zażywać leki psychotropowe a „pacjentami” – poetami jest znaczna. Ci ostatni nie potrzebują porad psychiatrów, bo leczą się sami. Czy potrzeba większych wyjaśnień?
Wobec tylu niesamowitych urządzeń, jakie wytwarza technika, poezja od tylu wieków może się pochwalić tylko jednym narzędziem , aż jednym – JĘZYKIEM. Co by o nim nie powiedzieć, poeci odpierając różne ataki, są zgodni w jednym, że bez tego języka nie byłoby urządzeń, wynalazków itp. Ich skrót myślowy można rozumieć w ten sposób, że człowiek zanim coś materialnego stworzy, wpierw myśli obrazem (wizualizuje kształty przyszłego wynalazku, produktu).
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Proza
Wpisany przez Aleksandra Napierała sobota, 18 lutego 2012 08:29
Poznałam Gościeradz. W tej wsi Dworek Wyczółkowskich był pierwszym miejscem, które odwiedziłam. Było to latem 1947 roku, kiedy spędziłam z mamą i siostrami kilkanaście dni w miłej gościnie u państwa Weynów. Podczas wakacji 1948 roku miałam tu przebywać o wiele dłużej. Po moim kilkumiesięcznym pobycie w szpitalu, mama wolała mieć mnie „na oku” i postanowiła nie rozstawać się ze mną.
Przedtem jednak na pierwsze dziesięć dni lipca pojechałyśmy wraz z ciocią Zosią do Ciechocinka. Bardzo mi się tam podobało. Pamiętam przyjemność solankowych kąpieli, przykry smak wody „Krystynka”, spacery pod tężni
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Andrzej Dorobek piątek, 17 lutego 2012 12:06
Tymi słowami Władysław Broniewski, największy poeta rodem z Płocka, opisywał militarny wysiłek żołnierza polskiego we wrześniu 1939 roku ( fragment utworu pt. „Żołnierz polski"). Dostarczał jednocześnie argumentu rzecznikom prawdziwości kwestionowanej często opowiastki o polskiej kawalerii, szarżującej na niemieckie pojazdy pancerne w tym samym okresie II wojny światowej. Wspomniane słowa stanowią uogólniającą metaforę rodzimego sposobu wojowania. Przywołać należy utarczki polskich kosynierów z regularnymi oddziałami armii carskiej w 1863 roku albo „małoletnie dzieci" (określenie Wiecha), idące, w powstaniu warszawskim, z butelkami benzyny na „czołgi żelazne".
Nowsza historia dowodzi, że nie jest to wyłącznie polska specyfika. Wyrazistego przykładu dostarcza najbardziej bodaj krwawy epizod powojennych dziejów naszych „bratanków" (ważny jest kontekst polskiego Października).
Chodzi oczywiście o tzw. powstanie węgierskie z 1956 roku, początkowo sprawiające wrażenie logicznej kontynuacji nadwiślańskiego przełomu, w tej samej rzeczywistości socjopolitycznej. Jaki był ostateczny bilans obu tych przedsięwzięć ?
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Janusz Orlikowski środa, 15 lutego 2012 09:15
Konieczność, czyli brak możliwości wyboru. Ona w istocie jest Kasandrą codzienności, to autentyczny Syzyf, któremu nijak się przeciwstawić, o ile tylko chcemy żyć. Zawłaszcza nami w sposób absolutny i jakiekolwiek by były nasze działania, nic nas nie wyzwoli. Możemy puszyć się jak nadęte indory albo co najmniej pawie, strugając sobie strzeliste pióra, ale i tak amen. Są trzy konieczności. To spostrzeżenie pojawiło się we mnie jak zbawienie. Tylko trzy i aż trzy. Czym zatem jest wszystko inne?
Po pierwsze: jedzenie i picie, po drugie: spanie, po trzecie: w odpowiednim czasie odwiedzanie toalet
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Recenzje
Wpisany przez Stanisław Chyczyński środa, 15 lutego 2012 09:12
TADEUSZ WYRWA – KRZYŻAŃSKI urodził się wprawdzie w Kuźnicy Czarnkowskiej, ale los zawiódł go potem do miasta Stanisława Staszica, gdzie młody pisarz zapuścił korzenie. I wytrwał, wyrósł śmigle, chociaż miejscowa “gleba” okazała się jałowa i twarda. Kiedyś jednak będzie miał w Pile swoje muzeum, w którym znajdzie się pokaźny zbiór pamiątek, jakie już teraz można oglądać i studiować w grubym tomie “Wybranych wierszy”. Sympatycy i entuzjaści talentu WYRWY –
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Stanisław Srokowski wtorek, 14 lutego 2012 08:17
Zacznę od wydarzenia, które – być może - zabrzmi jak anegdota, ale anegdotą nie jest. Jest niezaprzeczalnym faktem, potwierdzonym przez wielu świadków.
Otóż, żeby zdjąć ciężar stanu wojennego z serca, pisałem w 1982 roku dużą powieść kresową ''Repatrianci''. Najpierw chciałem dać tytuł “Wygnani”, ale nikt na taki tytuł nie przystał. Toteż wybrałem inny, “Repatrianci”, ponieważ pojęcie to zostało wkute w pamięć wygnańców z Kresów Wschodnich Polski i poprzez nie miliony rodaków widziało drogę swojej gehenny wojennej.
Maszynopis złożyłem w najlepszym wówczas wydawnictwie ''Czytelnik'' w Warszawie. Książka z bardzo dobrymi recenzjami( Sadkowski, Bolecki) została szybko przyjęta do druku, ale przez sześć lat nie mogła się ukazać. Kulisy tego nadzwyczajnego zwlekania zostały mi przekazane później.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Wojciech Ślusarczyk wtorek, 14 lutego 2012 08:09
Europejska kultura posiada przebogatą sferę symboliki. Niebagatelne miejsce zajmuje w niej łabędź. Ptak ten intrygował ludzi każdej epoki, zaprzątając uwagę prostaczków1 i wizjonerów2. Tak jak podstawy kultury europejskiej należy widzieć w antyku, tak samo w nim trzeba szukać początku znaczenia łabędzia jako symbolu. Zawierał on w sobie specyficzny melanż, łączący pojęcia: śmierci, życia, miłosnego aktu, hermafrodytyzmu, boskiej mocy i wreszcie nieśmiertelności. Penetrując znaczenia tego symbolu, podążamy po zamkniętym obiegu, w którym trudno wyznaczyć odrębne odcinki. Wymienione wyżej znaczenia nierozerwalnie łączą się ze sobą. Spróbujmy jednak przebyć tę drogę.
Na początku należy zapytać o to, z jakimi łabędziami mogli mieć styczność Pelazgowie, a potem Grecy i Rzymianie. Prawdopodobnie gatunkiem spotykanym przez nich najczęściej był łabędź niemy (cygnus olor). Dziś ptak ten podejmuje niekiedy dalekie wędrówki, lecąc z europejskich i azjatyckich legowisk aż do północnej Afryki3. Zapewne podróżował tak też i w starożytności, przebywając czasowo w świecie greckim. Łabędź krzykliwy, żyjący dziś w Skandynawii4 nie był raczej spotykany przez starożytnych. Być może wieści o nim docierały na teren basenu Morza Śródziemnego, przenoszone przez wędrowców5. Prawdopodobnie informacje na temat tych dwóch gatunków zlały się ze sobą, wytwarzając mylne pojęcie „łabędziego śpiewu". Będzie ono istotne dla naszych dalszych rozważań.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Recenzje
Wpisany przez Marta Sznajder poniedziałek, 13 lutego 2012 20:59
Wyłania się tu kwestia możliwości i potrzeby weryfikowania informacji zawartych w korespondencji. Listy, odnosząc się w wielu miejscach do świata i opisując go, tworzą jego obraz, niekoniecznie zgodny z rzeczywistością. Nie musi być to świadome mijanie się z prawdą, list tworzony jest w żywiole życia, nie zostawia czasu na namysł, często więc nie uwzględnia się pewnych informacji, zapomina o nich. Wreszcie korespondencja to nie kronikarstwo, lecz zapis relacji między dwojgiem ludzi, każdy opisany fakt filtrowany jest przez ich uczucia i doznania. Daje to możliwość wniknięcia w psychikę korespondentów, ale za cenę niepewności co do opisanych faktów. Można do tego problemu podchodzić dwojako, w zależności od tego, jaki aspekt korespondencji chce się wydobyć i analizować. Pierwszym sposobem, najbardziej naturalnym, gdyż odwołującym się do codziennych doświadczeń w obcowaniu z listem, jest traktowanie korespondencji jako dokumentu z życia osoby piszącej, eksponującego własność listu jako tekstu użytkowego. Przy takim czytaniu zgodność opisu z rzeczywistością jest sprawą podstawową i wszelkie informacje podane w listach poddać należy weryfikacji. Można przeprowadzać ją, konfrontując tekst ze współczesnymi dokumentami (w przypadku badania biografii Zbigniewa Herberta przydatnymi okazać się tu mogą wszelkie dokumenty związane z wyjazdami – wizy, paszporty – pomocne przy ustalaniu dat podróży), z relacjami innych osób bezpośrednio związanych z opisywanymi zdarzeniami bądź z pozostałą twórczością zarówno nadawcy, jak i adresata – z korespondencją z innymi osobami czy pamiętnikami. Tego typu praca nie jest analizą stricte literacką, lecz raczej historyczną – polega na gromadzeniu informacji i porównywaniu ich ze sobą. Jeśli wyniki tej pracy zostaną przedstawione w postaci rozległych przypisów do wydanych listów, jak stało się to w przypadku korespondencji Herberta z Zawieyskim (stworzone przez Pawła Kądzielę opracowanie zawiera odnośniki do pozostałych listów Herberta, do dziennika Jerzego Zawieyskiego, jak również biogramy wszystkich wspomnianych osób, co rozwiązuje problem rozszyfrowywania indeksów przez odbiorcę), czytelnik otrzyma szeroki materiał do analizy biografii twórcy. Jednak niuanse i zawiłości (takie jak przeprowadzana w przypisach korekta dat) życia pisarza niekoniecznie wpływać muszą na odbiór jego twórczości i prezentowanych w niej poglądów – często dla czytelnika nie jest ważne, czy Herbert wyjechał do Szkocji w roku 1963 czy 1964, lecz co tam zobaczył i jakie wyniósł z podróży wrażenia. Jest to drugi sposób podchodzenia do analizy korespondencji – wydobycie jej aspektu artystycznego, literackiego. W celu oddalenia wątpliwości faktograficznych można wszystkie listy potraktować jako fikcję, co pomoże skupić się wyłącznie na przedstawionych w nich poglądach czy na urodzie używanego języka.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Recenzje
Wpisany przez Janusz Orlikowski niedziela, 12 lutego 2012 21:32
Krakowianin JAN KIRSZ jest z zawodu inżynierem mechanikiem. Jego pierwszą profesją artystyczną było jednak tworzenie miniaturowych szopek bożonarodzeniowych, które doczekały się wielu nagród i wystaw, także poza granicami kraju. „Małe dzieła" można podziwiać nie tylko w muzeach w Krakowie i Paryżu, ale również w wielu innych, renomowanych galeriach świata. Są, jak twierdzą znawcy tematu, doskonałością w swej miniaturowej klasie.
Jak wiadomo, tego typu talent wymaga harmonijnej wyobraźni oraz poczucia piękna i doskonałości. Ten stan ducha jest jakby podstawowym „warsztatem" dla tworzenia wspomnianych arcydzieł.
W wolnym czasie JAN KIRSZ pisze również wiersze. Zebrał je w tomik p.t. „Rozmawiając ciszą". Utwory te są swego rodzaju antidotum na obraz harmonii i piękna, objawiający się w szopkach. Wyeksponowana zostaje ciemna strona życia. Precyzja natomiast dotyczy najczęściej spraw starości („Igła", „Miotła starego dozorcy", „Chleb zapomniany"), w tym przemijania („Drzewo"), a także: brudu życia i jego objawów ( „Bezdomni", „Ulicznica", „Szablon" oraz „Zgon narkomana"). Owa precyzja raczej mieści się w charakterze socjologicznych spostrzeżeń, a nie w kreatywności poetyckiej wizji. Tak jakby harmonia i piękno urzeczywistniały się tylko w tej pierwszej, „szopkowej" profesji.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Poezja
Wpisany przez Aleksander Błok niedziela, 12 lutego 2012 09:31
NA wpół pochmurny dzień, na wpół pogodny;
Błękitna mgła z umbryjskich spływa gór.
Wtem – deszcz przelotny, wietrzyk powiał chłodny,
Z otwartych okien dobiegł głośny chór.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Zbigniew Wróbel sobota, 11 lutego 2012 16:15
Od pradziejów próbowano stworzyć namacalną postać Anioła, zarówno w kamieniu, w drewnie, na płótnie, na szkle. Wyszywano z materiału, wykręcano z drutu, wykuwano w skale i rzeźbiono w lodzie. Co prawda, mowa jest, że „Angelus a nemine pingi potest” – „Anioła nikt nie może namalować”, jednak nikt się tym nie przejmował i tworzono figury Aniołów często i gęsto. Zalewały one ołtarze kościołów, widoczne były na świętych obrazach, wieńczono nimi kolumny. Cały swój talent artyści wkładali w interpretację postaci tych wysłanników Boga. Uważano, że Aniołowie zamieszkują tam, gdzie otworzy im się drzwi. Mistrzowie palety i dłuta byli ludźmi wyposażonymi w dar czytania „w” Aniołach. Sięgając po motywy ze świata niebiańskich istot zyskujemy jakby wnikliwy wizerunek w nasze wnętrze. Jeśli byśmy szli tropem myśli jednego z najważniejszych malarzy, odkrywców, wynalazców sztuki pierwszej części XX wieku – Paulu Klee - mówiącego o tym, że sztuka nie odtwarza tego co widzialne, ona czyni widzialnym, sprawia, że to co niewidzialne staje się widoczne dla ludzkiego oka, to przekonalibyśmy się, że o Aniołach można mówić w nieskończoność, różne są ich odmiany, konkretne, przyziemne i uduchowione, eteryczne, tak delikatne jak muślinowy welon.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Proza
Wpisany przez Zhou Jingshu sobota, 11 lutego 2012 16:12
Na Wschodzie istnieje pewne piękne miasto o nazwie Ningbo. Spotykają się w nim błękitne wody trzech rzek i otaczają je cztery ciemne, ostre szczyty. Od setek lat krąży w tych stronach niezwykła i wzruszająca historia hrabiego Liang Shan i Zhu Yingtai.
Za czasów dynastii Jin1 żyła mądra i piękna dziewczyna imieniem Zhu Yingtai. Potrafiła nie tylko haftować i grać na cytrze, lecz także lubiła czytać i malować. Kiedy skończyła piętnaście czy szesnaście lat, całym sercem zapragnęła wyjechać, by kształcić się w odległej szkole.
Jednakże w tamtych czasach kobietom nie pozwalano opuszczać domu, by studiować. Cóż było robić? Omawiając sprawę ze służącą, Yingtai wpadła na wspaniały pomysł: przywdzieje chłopięcy strój i w tym przebraniu wyruszy, by zdobyć wiedzę. Przebrała się zatem w męskie szaty tak, że wyglądała niczym syn jakiegoś dostojnika – służąca natomiast przebrała się za pazia. Spojrzały na siebie i uznawszy, że wyglądają zupełnie odpowiednio, nie zdołały się pohamować i wybuchnęły śmiechem.
Ojciec Zhu Yingtai popijał właśnie herbatę w głównej sali, kiedy nagle ujrzał giermka prowadzącego jakiegoś młodzieńca wysokiego rodu, który oddał mu pokłon. W wielkim pośpiechu podniósł się, odwzajemnił pozdrowienie i poprosił gościa, by spoczął, wypytując go przy okazji o ród i imię. Nie trzeba chyba mówić, jak bardzo ucieszyła się Zhu Yingtai widząc, że nawet jej ojciec dał się zwieść. Zdjęła przebranie i ukazała ojcu swoje prawdziwe oblicze, wprawiając go tym w wielkie zaskoczenie, a także gniew na swoje nieposłuszeństwo i brak wychowania. Skorzystała jednak z okazji i wyjawiła ojcu swój zamiar wyruszenia po wiedzę. Ojciec odparł na to:
- Czy kto kiedykolwiek słyszał, by jakaś dziewczyna opuściła dom i wyjechała studiować? Nawet w przebraniu chłopaka nie będziesz mogła żyć w obcych stronach spokojnie.
Zhu Yingtai uparła się jednak, że wyruszy. Ojciec zaś, nie mogąc jej od tego odwieść, musiał w końcu wyrazić zgodę.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Poezja
Wpisany przez Susan Barnard sobota, 11 lutego 2012 12:46
Lud maoryski tradycyjnie zbiera toheraos, duże mięsiste małże, które ukrywają się głęboko w piasku w określonych fazach kalendarza księżyca. 90 milowy odcinek, który prowadzi do przylądka Reinga, gdzie dusze czekają na odejście do Hawaiki, utrzymuje toheroas który jest gatunkiem obecnie chronionym.
Chwyt księżyca na przypływ
ciągnął morze do środka
miejsc gdzie mieszkają ludzie.
Czas szczególny na zdobycie darów
z rozmoczonego piasku dzięki pracy
stóp i rąk przekładających
opór w czasie
wraz z kołysającymi falami.
Archiwum Akantu - 2006 - 08 - Felietony
Wpisany przez Jurata Bogna Serafińska sobota, 11 lutego 2012 12:28
Nie było chyba na przestrzeni wieków drugiej istoty tak różnie ocenianej jak kot. Bywał on uwielbiany, otaczany czcią, obdarowany nietykalnością, podnoszony do godności bóstwa, jak również ignorowany, poniewierany lub wręcz uważany za ucieleśnienie Szatana i palony na stosie. Tak się jakoś składa, że kot budzi żywe uczucia, nie pozostawiając miejsca na obojętność. Tak było, jest i pewnie będzie. Ma to swoje odbicie w literaturze i sztuce.
Okazuje się, że wielu wybitnych uczonych, pisarzy, mężów stanu potrzebowało towarzystwa ulubionego kota, aby móc przystąpić do pracy twórczej. Należy tu wymienić między innymi: Francesco Petrarkę, Tomasza Graya, Armanda Jeana Richelieu, Marcina Lutra czy Abrahama Lincolna. Do największych wrogów kota należeli Napoleon Bonaparte, Juliusz Cezar, Benito Mussolini i Adolf Hitler.
Najstarsze zachowane wizerunki kota pochodzą z Egiptu. Kot w sztuce egipskiej miał co najmniej trzy różne znaczenia. Był ukochanym domownikiem, istotą świętą, a także wcieleniem bogini Bastet, którą przedstawiano jako piękną kobietę z głową kotki. Na ścianach skalnego grobowca Hnumhotepa II (XX wiek p.n.e.) namalowano złotorudego kota polującego w zaroślach papirusów. Zachowało się też malowidło ścienne z 1300 roku p.n.e., na którym bóg Re przedstawiony jest w postaci Kota triumfującego nad bogiem śmierci i chaosu Apophisem, przedstawionym pod postacią węża. Koty, żyjące w świątyni Bastet w Bubastis żyły pod opieką kapłanów i były traktowane po królewsku. Przebywający około 450 r. p.n.e. w Egipcie, Herodot opisał świątynię w Bubastis. Miała ona 300 metrów długości i była domem dla ponad tysiąca kotów. Przed świątynią stał posąg Bastet, a wokół niej znajdował się cmentarz przeznaczony dla świętych kotów Bogini. Pozycja kotów egipskich była tak wyjątkowa, że praktyką stosowaną po ich śmierci było mumifikowanie i umieszczanie kocich mumii w specjalnie wykonanych, rzeźbionych sarkofagach. Dostojnicy budowali dla swych ulubieńców nawet oddzielne grobowce. Herodot zanotował, że Egipcjanie golili sobie brwi na znak żałoby po śmierci domowego kota, a w przypadku pożaru najpierw ratowano koty, a dopiero potem przystępowano do gaszenia ognia.
Według egipskiej Księgi Umarłych grzechem było zabijać zwierzęta święte (a więc koty), a nawet uszkadzać skórę zwierząt świętych (a więc kotów). Rzymski pisarz Didur Sycylijski (ur. ok. 100 r. p.n.e.) zapisał, ze był świadkiem zlinczowania obywatela rzymskiego, który niechcący zabił kota.