akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Janina Osewska - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Janina Osewska - wiersze
Sen biebrzański
Kiedy kwitł len
Wszystkie strony

Listopad

 

1.

tylko późną jesienią z okna pokoju widać

ten las za jeziorem - wzrok biegnie

poprzez nagie ramiona drzew - na przestrzał

w zasięgu nie ma człowieka

ani łodzi ani chodzącego po falach

niebo puste od ptaków trwa w czystej kompozycji

krajobrazu wyczekującego

jak kobieta

2.

wszystko jest darowane

nawet ten dzień późnojesienny

położony na liściach kruchych

od pierwszych przymrozków

samotności

3.

w porze zbioru zimowych jabłek

świat staje się nieskromny

z łatwością gubi przyodziewek

i nagi staje wobec Ciebie

jak człowiek

4.

świat jak Ty umiera każdej jesieni

i każdej wiosny czci Twoje narodziny

a człowiek - biegnie - biegnie - i biegnie...

wystarczy zaczerpnąć ze źródła krajobrazu

choćby naparstkiem ciszy by stanąć

twarzą w Twarz 



 

Komentarze  

 
0 #1 Ach 2012-12-06 11:09
Tekst jak zwykle nudny.
Zgłoś administratorowi
 

Losowo

Stanisław Stanik - Świat sprawdzony dotykiem

To ciekawe, jak pewne zbitki językowe przychodzą na myśl w specyficznych okolicznościach i tworzą zbitki – hybrydy. Z takim stanem rzeczy mamy do czynienia w wypadku tytułu najnowszego zbioru wierszy DANUTY PERIER pt. “Niebo we włosach”, który kojarzy się z innymi: Niebo w płomieniach” i “Kwiaty we włosach”, oczywiście różnych autorów. A jak interpretować tytuł PERIER, trudno jednoznacznie powiedzieć: czytelnik ma nieskończone możliwości wyboru. Mogę między innymi stworzyć sobie takie wyobrażenie: niebo z rozwianymi chmurami jak kosmyki włosów, niebo przypominające kształtem loki włosów na głowie, może jakieś jeszcze obrazy, ale to naprawdę w tym tomie nie jest najważniejsze. O wiele ciekawsze są doznania świata smakowicie podanego przez autorkę w formie bardzo estetyzującej, wycieniowanej w tonach, subtelnej, co dowodzi wyrobionego rzemiosła artystycznego.

O zebranym doświadczeniu nie padają słowa puste, autorka zadebiutowała w 2000 roku tomem pt. “Słonecznikowa miłość”, a potem wydała dwa następne, ten – “Niebo we włosach”, jest czwarty. Dowodzi to nie tyle samozaparcia, może obsesji, ile sprawdzenia się w gatunku poetyckim, akceptacji jej przez środowisko czytelnicze. A odbiór tej poezji może być szczególnie przyjazny, gdyż wydaje się sprawdzalna na każdym kroku, na każde dotknięcie palcem: jest konkretna, autentyczna, życiowa. Sprawdzalni są ludzie, przeważnie z kręgu rodzinnego, ale również przyjacielskiego. Sprawdzalne jest otoczenie, najzwyklej odnoszące się do domu, tego fizykalnego i duchowego, sprawdzalna jest perspektywa, przeważnie brana ze świata natury.

Więcej …

Z archiwum

Łukasz Henel - Chiński Książę
Na mrocznym poddaszu, w zbutwiałym gnijącym domu, królował Szalony Janko. Tutaj, gdzie nocą krzyżowały się szlaki gwiazd a wokoło roztaczała się wietrzna widownia pól, słuchałem rad wielkich i świętych z bijącym z przejęcia sercem.

- Tajemnica powodzenia u kobiet polega na tym, by poruszać się zawsze po liniach prostych - dowodził Janko. - Poruszanie się po liniach prostych jest niebywale ekonomiczne, a kobiety cenią racjonalizm.

Jeśli było to prawdą, na skutki zastosowania tej metody należało czekać chyba bardzo długo. Nie przypominam sobie, bym widział jakąkolwiek kobietę kiedykolwiek w otoczeniu Janka.

Pokój Janka był cmentarzem gratów na niewyobrażalną skalę. Na dziurawym dywanie żyły srebrne żuki. One jedyne znały sekrety pokoju, ścigając się nieustannie srebrnymi smugami między stertami szpargałów, gazet i starych listów, worków z wełną i śrubek, zasuszonych rogalików flirtujących z książkami bez okładek, starych butów i starych puszek. Czasem jakiś srebrzysty Kolumb wyruszał w ryzykowną eskapadę po meblach, błądząc wśród niezliczonych półek, szafek, porcelanowych ludowych laleczek, prześlizgiwał się po brudnych, zielonych ścianach noszących ślady ozdobnego, archaicznego malarskiego wałka.

Janko swoje królestwo opuszczał dość rzadko, zwłaszcza, że jego pokój położony był na poddaszu trzypiętrowego domu. Nigdy nie używał schodów. Nie schodził po nich, ponieważ była to rzecz zakazana. Tak przynajmniej uważał ojciec Janka, kiedy żył jeszcze i kiedy przyjaźnił się z Panem Fioletowa Butelka. Pan Fioletowa Butelka był najbliższym i zapewne jedynym przyjacielem ojca Janka, ich niekończące się filozoficzne i teologiczne dysputy wznosiły się falami wzwyż domostwa, w którym mieszkał Janko. To Pan Fioletowa Butelka zdradził ojcu Janka tajemnicę. Zgodnie z nią Janko nie był jego synem, lecz synem Diabła. W obliczu tego faktu ojciec Janka zmuszony był przedsięwziąć stosowne kroki. Zaopatrzył się w długą tyczkę z zamocowanym na końcu gwoździem i trwał na warcie dzień i noc przy schodach, kłując usiłującego zstąpić na dół Janka. Tam też któregoś dnia znaleziono go martwego, lecz pomimo tego, że nie było już tyczki i nie było gwoździa, Janko wciąż do opuszczania domu używał długiej nieociosanej drabiny.

 

Tego dnia wśród pól budził się poranek. Różowo-czerwona łuna na horyzoncie gładziła łagodnie falujące trawy. Przepych zieleni groził błękitnemu niebu eksplozją. Zapach wilgotnej ziemi splatał się z zapachem dzikich pokrzyw, a Janko zstępował po swojej drabinie. Trudno o widok bardziej wzniosły. Do schodzenia nie używał rąk, schodził po niej dumnie i majestatycznie, młody, szczupły, wysoki i długowłosy, ubrany w groteskową powłóczystą bluzę i kalesony, przepasany sznurem. Kiedy dotarł już prawie na ziemię, słońce wstało jak na komendę i dziewicze promienie oświetliły jego zamyśloną twarz. Nasze dłonie spotkały się w powietrzu, kiedy stawiał krok na ziemi. Uczeń i nauczyciel.

Nigdy nie potrafiłem go pojąć. Był i szalony i mądry, tragiczny, śmieszny i wzniosły. Czasem mówił rzeczy przedziwne i mądre, wtedy zdawało się, że czas staje w miejscu i słucha jego słów. Czasem mówił kompletne bzdury.

Ruszyliśmy ścieżką w kierunku wsi odległej o dobre kilka kilometrów.

- Spośród wszystkich zwierząt największą tajemnicę kryją Żuki Gnojniki - rozpoczął Janko, a świerszcze cykały delikatnie w nagrzanej trawie. - Kiedy umiera jeden, w pobliżu zawsze pojawia się identyczny. Wszyscy są przekonani, że to drugi Żuk Gnojnik, który przyszedł pożreć pierwszego. Zaprzeczają faktom, których nie potrafią pojąć. To ten sam Żuk, który zmartwychwstał, a obok leży jego martwe ciało. Żuki posiadły sekret nieśmiertelności.

- Jak to możliwe - powiedziałem - przecież można martwego żuka zamknąć w słoiku, naukowiec mógłby całymi latami obserwować martwego żuka i przekonywać się co dzień, że jest martwy, martwy, i nie ma w pobliżu innego żuka.

- Tak właśnie postępują ludzie uczeni - odparł spokojnie Janko. - Ślęczą nad martwymi żukami, podczas gdy zmartwychwstałe żuki wędrują po świecie.

Takie to i podobne historie prawił Janko.

Kiedy doszliśmy do wioski upał zaczynał władać okolicą. Piaszczysta droga wiodła wśród wiejskich drewnianych zabudowań i wokoło panowała niezmącona cisza. Chaty trwały w słońcu nieruchomo i cicho, niczym nagrzane bryły piaskowca. Wtem ciszę przeciął okrzyk i kamień. Gromada wyrostków w łachmanach pojawiła się znikąd. Jeden z kamieni uderzył mnie boleśnie w plecy. Dały się słyszeć głośne okrzyki:

- To ten młody Żyd, niezawodnie syn diabła. Mieszka w wieży z kości słoniowej i sądzi, że jest od nas lepszy - darł się porządnie ubrany chłop. - Czy to nie on właśnie patrzy na nas z nieba?

- Patrzy i podgląda! - wrzaski przybierały na sile i napełniały okolicę. Jak za zaklęciem z chat wyłaniały się postacie, przyczajone, złośliwe, łypiące i pełne perwersyjnej radości. Takiej radości, jaką wywołać potrafi jedynie cudze nieszczęście. Janko pochwycony przez dziesiątki rąk upadł na ziemię, a ja przerażony rzuciłem się do ucieczki. Biegłem i biegłem, aż rozżarzone miechy moich płuc odmówiły posłuszeństwa. Upadłem w chaszcze, upadłem w rozpacz.

Leżałem tak prawie cały dzień. Kiedy wieczór zapadał a z nim chłód ogarniał moje ciało i umysł, wyruszyłem na poszukiwanie Janka. Wiedziałem, że może już nie żyć, nie wiedziałem natomiast gdzie go szukać, jeśli jest inaczej. Ostrożnie obchodziłem wokoło wieś nie śmiejąc zbliżyć się do zabudowań. W ciszy nocy dobiegł do mnie cichy jęk. Pobiegłem w jego kierunku i dokonałem strasznego odkrycia. Janko po głowę zakopany w ziemi z trudem łapał oddech. Moje dłonie wykonywały bezwiednie taniec wokół jego ciała odrzucając grudy ziemi. Straciłem kontrolę na czasem, któż to wie, ile zajęło mi odkopanie Janka. Strach pomyśleć, co stałoby się, gdybym w ciemnościach nie odnalazł go na czas, gdyby śmierć zjawiła się szybciej ode mnie. Jedno było pewne, okrucieństwo chłopów nie znało granic. Niosłem Janka na plecach w ciemnościach, czułem jego słaby oddech na swojej dłoni. Gwiazdy wpatrywały się w nas milcząco. Ile czasu przeleżał w ziemi? Czy przez cały czas był przytomny? Jeśli tak, o czym myślał?

Minęło kilka dni, lipiec ustąpił miejsca pierwszym dniom sierpnia, kiedy znów poszedłem pod dom Janka. Stał wśród falującego zboża i chmur uśmiechnięty jak nigdy dotąd.

- Teraz zrozumiałem kim jestem, odzyskałem pamięć. Dzięki ludziom, którzy mnie nienawidzili. Jestem chińskim księciem i powinienem udać się do swojego królestwa, tam, gdzie jestem szczęśliwy. Gdzie kobiety są piękne, a wszyscy ludzie mądrzy, gdzie jednocześnie świeci słońce i pada śnieg. Odwrócił się i ruszył przed siebie.

Nigdy więcej nie zobaczyłem Szalonego Janka. Będę wspominał go z miłością. Czy zaszedł już do Chin? Tam gdzie jednocześnie świeci słońce i pada śnieg? Jestem pewien, że tak.

Z archiwum

Jerzy Suchanek - "Łąka nad Bobrem, za starym mostem"

Jednym z obrzędów Nocy Walpurgi jest wykonanie przez jej uczestników skoku przez ognisko. Bohater powieści Jerzego Marciniaka „Druga Noc Walpurgii” najwięcej cierpi na początku pożogi komunistycznej, zbyt młody by całkowicie rozumieć opresję, której zostaje poddany. Jego dalszy los jest skokiem nad płomieniami - czymś odległym od tego życia, które mu zabrano. Czymś odległym od dotkliwości egzystencji dorosłych, którzy się nim opiekują, lub których spotyka - w Polsce opanowanej przez czerwoną zarazę. Dzieciństwo bohatera przechodzi w młodość, ale choć wchodzi w wiek dorosły, dojrzałość osiąga dopiero, gdy udaje mu się wyjechać do Szwecji. Tam kończy się jego „skok nad płomieniami”, z tamtej perspektywy może dopiero podjąć próbę zrozumienia swego życia.

Więcej …

Z archiwum

Jolanta Baziak - Na skakance

Czternastoletnia dziewczynka wisi na skakance

jej bój był niczym wobec

nagości na oczach klasy

 

Czternastoletnia dziewczynka wisi na skakance

którą wczoraj się jeszcze bawiła

ma teraz dorosłą twarz

 

/zranić można tak na śmierć

i nikt się nie dowie

bo w zgiełku jest najciszej/

 

Czternastoletnia dziewczynka jest cicha

i szczęśliwa

nie będzie musiała być dla nikogo

a tam gdzie się udała

rozumieją i ukołyszą dziecko

do snu

jak na skakance

która też zamilkła

zanim obie ucichły

przed przyciąganiem ziemi

 

 

25 października 2006

 

akant.org: