akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Janina Osewska - wiersze

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)
Spis treści
Janina Osewska - wiersze
Sen biebrzański
Kiedy kwitł len
Wszystkie strony

Listopad

 

1.

tylko późną jesienią z okna pokoju widać

ten las za jeziorem - wzrok biegnie

poprzez nagie ramiona drzew - na przestrzał

w zasięgu nie ma człowieka

ani łodzi ani chodzącego po falach

niebo puste od ptaków trwa w czystej kompozycji

krajobrazu wyczekującego

jak kobieta

2.

wszystko jest darowane

nawet ten dzień późnojesienny

położony na liściach kruchych

od pierwszych przymrozków

samotności

3.

w porze zbioru zimowych jabłek

świat staje się nieskromny

z łatwością gubi przyodziewek

i nagi staje wobec Ciebie

jak człowiek

4.

świat jak Ty umiera każdej jesieni

i każdej wiosny czci Twoje narodziny

a człowiek - biegnie - biegnie - i biegnie...

wystarczy zaczerpnąć ze źródła krajobrazu

choćby naparstkiem ciszy by stanąć

twarzą w Twarz 



 

Komentarze  

 
0 #1 Ach 2012-12-06 11:09
Tekst jak zwykle nudny.
Zgłoś administratorowi
 

Losowo

Tadeusz Lira-Śliwa - Los poety

Woroneż, miasto obwodowe w Rosji, leży nad rzeką Woroneż, w pobliżu jej ujścia do Donu. To historyczne miasto, wzmiankowane w 1177 roku, liczy obecnie 800 tysięcy mieszkańców. Można powiedzieć, że jest typowym ośrodkiem przemysłowym. Miłośnicy architektury znajdą w tym mieście dwa wartościowe zabytki: cerkiew Nikolską (XVIII w.) i pałac Potiomkina (XVIII w.).

Dlaczego piszę o Woroneżu?... W tym roku czytelnicy otrzymali nową książkę poetycką EDMUNDA PIETRYKA "Azyl w Woroneżu" (poznań 2007). Tytułowy utwór jest pierwszym wierszem zbioru... Dlaczego doświadczony poeta (autor kilkudziesięciu tomów wierszy) ujawnia główne przesłanie książki?... Myślę, że ten "przewodni wiersz" wprowadza nas w nostalgiczny klimat całego zbioru. "W bezsenną noc" poeta prosi o "azyl w Woroneżu / Osipa Mandelsztama" (s. 3). Czy Osip Mandelsztam (1891 - 1938), wielki rosyjski poeta, przebywał w Woroneżu?... Miłośnicy poezji znają tragiczne koleje losu twórcy liryków pt. "Zeszyty woroneskie" (1935 - 1938; wydane zostały po śmierci poety, Waszyngton - Paryż, 1964 - 1981). O. Mandelsztam przebywał na zesłaniu w Czerdyniu (1934 - 1937), na osobisty rozkaz Józefa Stalina, a po pewnym czasie został przeniesiony stamtąd do obozu w Woroneżu. Należy dodać, że jego wiersz o J. Stalinie przyczynił się do tej zsyłki (*** "Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi...", przekład: Stanisław Barańczak).

Wróćmy jednak do biografii E. Pietryka. Autor "Azylu w Woroneżu" urodził się w 1938 roku w Orańczycach (Kresy Wschodnie); mieszka w Poznaniu. Nadmieniłem w tym tekście, że bohater tytułowego wiersza prosi o "azyl w Woroneżu / Osipa Mandelsztama"... Przyjmuje go tam 

Więcej …

Z archiwum

Stefan Pastuszewski - Chirurg realny

Wigilia tego roku była inna. Trochę śniegu, nieco mrozu, ale dużo słońca i powietrza, znacznie mniej zanieczyszczonego niż co dzień przeróżnymi wyziewami miasta i jego hałasem. Bo hałas równie zanieczyszcza miasto, jak na przykład sadza. Nasyca powietrze niczym rozpylone przez wiatr krople deszczu na Inflantach i wraz z nim klei się do twarzy, rąk, ubrania.

Dziwiłem się takiej wigilii; piętnasta trzydzieści a jasno i cicho jak w spokojną, sierpniową niedzielę. Czyżby rzeczywiście święta były kroplą wieczności w naszym ziemskim, ściśle ograniczonym czasie, albo – jak mówią metaforycznie niektórzy – skrawkiem nieba na ziemi?

Poprawiałem właśnie przed lustrem krawat, bo szykowałem się do wyjścia na wieczerzę u siostry, gdyż od momentu kiedy się rozwiodłem nie mam z kim spędzać wigilii, gdy zadzwonił domofon.

- Kto u licha?! – zakląłem w duchu, lękając się najścia jakiegoś kolegi pijaczka, bo od momentu rozwodu, a nawet znacznie przed nim, gdy był on już przesądzony, przestałem unikać alkoholu i niejeden wieczór spędzałem w barze, nie zawsze o najlepszej renomie i nie zawsze w przyzwoitym towarzystwie, bo czyż więź alkoholowa może wiązać jakieś przyzwoite towarzystwo, nawet gdyby było one dobrze sytuowane i nieźle wykształcone, co nierzadko w takich barach się zdarza? Nie wszyscy o tym wiedzą, ale choroba alkoholowa z równą bezwzględnością, jak warstwy niższe, trawi warstwy wyższe. Oczywiście, że jeden, dwa kieliszki dziennie, aby skalpel nie drżał w ręku, to jeszcze nie choroba.

- Kto tam? – zapytałem, co najmniej lekko podenerwowanym głosem.

- Gustaw J. – usłyszałem w słuchawce znany - nieznany głos.

- „Gustaw J. Gustaw J.?” – błyskawicznie przebiegałem myślami wszystkie odwiedzane przeze mnie knajpy, a z oparów pamięci usiłowałem na gwałt wydobyć i jakąś konkretną twarz, i wydobywający się z tej twarzy konkretny głos. Na próżno.

- Zapraszałeś mnie kiedyś, więc przyszedłem.

- ????

- No wiesz, na imieninach u Janusza W.

- Aha! – zaskoczyłem. – Gustaw! Właź!

Rzeczywiście na przyjęciu u Janusza W. poznałem takiego rozkojarzonego, gadającego czasem od rzeczy, ale ostatecznie z sensem, nadającego na innych niż inni falach, faceta i jakoś polubiliśmy się. Był inny, a ja, pozostając wciąż w szoku porozwodowym, potrzebowałem właśnie odmienności, mocnych wrażeń, gwałtownej zmiany. No i bardziej swobodnego, takiego na luzie, podejścia do tego cholernego świata, w którym rządzą już tylko kobiety (choć w urządzeniach demokratycznych, mało już istotnych, bo dziś świat urządzony jest według kapitału, pozwalają jeszcze swoim kogucikom trochę poskakać), stawiając mężczyznom warunki nie do spełnienia. Zapraszałem więc wielokrotnie, bo czasem gdzieś tam spotykaliśmy się, Gustawa J. do tej swojej mansardy na poddaszu, a on wciąż obiecywał, że przyjedzie i nic. W końcu jednak tę obietnicę dziś, w wigilię, zrealizował. Cholera! Gość nie w porę, ale muszę być konsekwentny. Dla prawdziwego mężczyzny słowo ważniejsze jest niż jego osobisty interes. Mężczyzna nie jest przecież kobietą i nie skupia się tylko na sobie, wybierając sobie z tego świata tylko to, co najwygodniejsze.

- Muszę ci opowiedzieć tę historię – powiedział Gustaw, zapadając się w fotelu, który mu wskazałem. – Nie będzie to trwać długo, wiem, wigilia, ale muszą ci to koniecznie opowiedzieć.

- „Cholera! – pomyślałem. – Gdybym go posadził na twardym krześle przy stole, to może by nie zalegał, a tak...”

- Skoro musisz, to mów – powiedziałem zrezygnowany.

- To będzie naprawdę krótko. Zresztą wszystko, co niezwykłe, nie trwa długo. Jest krótkie, ale mocne - Gustaw zaczął już swoim sposobem płynąć w nietypowe odmęty, które tak mnie swego czasu fascynowały, bo ja jestem całkiem inny, a przynajmniej zawód mam inny, bardziej konkretny. Chirurg. Chirurg realny.

- Widzisz to okno? – zapytał, wskazując na kuchenne okienko od strony podwórza, które zobaczyć można było także z pokoju, bowiem w najlepszych latach naszego współżycia przerobiliśmy wraz z żoną mieszkanie na modny wówczas kuchnio – salon. Dołączyliśmy do tego przedpokój i mniejszy pokój bez okna. Tylko sypialnia pozostała oddzielna, z drzwiami. Wprawdzie dzieci nie mieliśmy, ale a nuż...

- Widzę – odparłem, wciąż żywiąc nadzieję, że rozmowa z Gustawem nie będzie zbyt długa.

- Ja o tym oknie dwanaście lat temu marzyłem – westchnął Gustaw.

- Chciałeś kupić to mieszkanie? Dwanaście lat temu było to możliwe, bo my, to znaczy ja mieszkam tu dopiero od dziewięciu.

- Chciałem tu się znaleźć. Tu, za tym oknem – powtórzył przybysz, jakby w jakiejś upartej dyskusji ze swoim losem.

- ??? – zdziwiłem się, nerwowo stukając palcem o blat stołu.

Zapowiadał, że będzie krótko, ale mówiąc zagadkami zdawał się rozciągać w nieskończoność czas swojej, nie na miejscu, wizyty.

- To taka romantyczna historia. Szukaliśmy dla siebie jakiejś mansardy, jakiegoś lokum, przytuliska. Wracając kiedyś od niej zobaczyłem, jak zachodzące słońce wskazuje mi to okienko, właśnie to twoje. Małe, romantyczne okienko na poddaszu całe płonęło na czerwono w świetle zachodu. Tylko ono jedno. Inne były matowe. Martwe. I ja płonąłem. Nie wiem, czy wiesz, jak człowiek może w takiej sytuacji płonąć?!...

Z trudem pojmowałem, o co Gustawowi chodzi, bo mówił niewyraźnie, jakimiś hasłami, przeskakując z myśli na myśl. Pochyliłem się, aby go powąchać, udając, że sięgam po fistaszki, które dla gościnności podsunąłem mu na talerzyku. Nie pił. Jest nadzieja! Może nie będzie zbyt krótko, ale przynajmniej nie zalegnie do rana.

- Oczywiście, nic z tego nie wyszło... – poskarżył się.

- Ktoś cię ubiegł? Na pewno nie ja, bo my, to znaczy ja jestem tu dopiero od dziewięciu lat – za wszelką cenę starałem się wywinąć z udziału w tej jego historii. Była niejasna, jak niejasne jest wszystko, co dotyczy relacji kobieta – mężczyzna. Bo każda z nich jest inna, zindywidualizowana i nikt z zewnątrz nie potrafi jej zrozumieć, a mnie się nawet wydaje, że i sami zainteresowani niewiele rozumieją z tego, co się z nimi dzieje. Coś mi na ten temat wiadomo. W końcu jestem po przejściach i to niemałych.

- I właśnie to twoje wpadło mi w oko. Pisałem kiedyś wiersze, wiesz, kiedyś byłem lepszym człowiekiem, niż teraz jestem, bo trochę - jak widzisz - się zdegradowałem, i, wracając od niej, a mieszkała z rodzicami niedaleko stąd, gdzie – nieważne, napisałem taki wiersz.

Gustaw rzeczywiście zaczął recytować jakiś wiersz z pamięci, co mnie bardzo zdenerwowało, bo miało być krótko, wiadomo, wigilia, a wiersze zazwyczaj nie dynamizują jakiejkolwiek historii, tylko ją rozdrabniają i rozwlekają. Poezja to coś, co nie liczy się z czasem. No i, jako chirurg realny, muszę dodać, że z rozsądkiem także. Przytaczam ten utwór z pamięci, raczej jego sens niż kształt, gdyż tak na dobrą sprawę napisałem go od nowa, bo – jak widać – dałem się jednak wciągnąć w tę całą niejasną, romantyczną historię bez sensu:

 

jest taki ładny dach obok twego domu

załom wielkiej kamienicy

z dwoma okienkami jak bursztynowe guziki

przy sukni na bal

pierwszy, największy

do których dopływają papierowe okręciki

gołębi

a kałuże unoszą się stadami chmurek

z ultramaryny

nieopatrznie rzuconej

na plan, na kicz

 

łuski słońca trzymają się tu najdłużej

nawet w zimie najjaśniej płoną

świeczki na szybach dziecięcym oddechem narysowane

 

jest taki tekturowy dach obok twego domu

 

pamiętaj, obok

wznosząc usta do

pocałunku

 

- Patrz! – gorączkował się Gustaw, zakończywszy recytację, podczas której stał z wyciągniętą nogą do przodu niczym Włodzimierz Majakowski na rewolucyjnym wiecu. – To okno nawet w zimie płonie!

Rzeczywiście, wciśnięte w róg kuchni, niemal przysłonięte kredensem, inkryminowane okno powleczone było w tym momencie różowo – żółtym blaskiem.

Przyznam się szczerze, że nigdy czegoś takiego nie widziałem, choć mieszkałem tutaj, jako się rzekło, od dziewięciu lat. Ale, cóż, był to szczególny dzień, wigilia. A poza tym ten gość nie w porę też nie był z tego świata.

Gość nie w porę ciągnął dalej:

- Wielokrotnie tędy przechodziłem i wielokrotnie sprawdzałem to zjawisko. Nawet, gdy było nam trudno, gdy się już z nią nie kontaktowałem, bo taka historia bez domu nigdy nie może dobrze się skończyć, to spoglądając w to płonące okienko czułem się jakbym z nią był. Tu się spotykaliśmy.

I dziś też się tu spotykamy. Wprawdzie literalnie to jesteś ty, ale ostatecznie jest jakieś spotkanie i jest jakiś człowiek. Łysiejący, stary facet, poddenerwowany moją wizytą nie w porę, ale jednak człowiek – Gustaw J. w swoim stylu zaczął być złośliwy.

Więcej …

Z archiwum

Emil Biela - Szczery entuzjasta teatru

Jest pewna grupa ludzi - szkoda, że niezbyt wielka i właściwie elitarna - dla których wiarą i żywym kościołem jest teatr. Teatralna szyba, przez którą patrzą ci ludzie na świat, pozwala im dostrzec przeszłość i przyszłość ludzkiego wnętrza, a przede wszystkim jego życiową teraźniejszość, egzystencjalne wzloty i upadki. Genialny Szekspir rzecz całą już dawno uogólnił, twierdząc, że "świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają". Nikt chyba na serio nie wziął sobie do serca zakazu pisarza łacińskiego Tertuliona (150 - 220), który w dziele "O widowiskach" zechciał napisać: "Nie wolno nam uczęszczać do teatru, gdyż jest on zwyczajnym punktem zbornym tego, co nieprzyzwoite".

Więcej …

Z archiwum

Jolanta Nowakowska - Doskonałość

pewnego dnia zawołałem do siebie anioła i diabła

wezwani przybyli punktualnie

kazałem im czekać na korytarzu pół godziny

- bo przecież mam tyle zajęć... -

a potem łaskawie otworzyłem drzwi

i poprosiłem do środka

- wejście -

weszli

usiedli na wskazanych miejscach

zamilczeli

powiodłem po nich oczami

niczym się nie różnili

pomyślałem

- jak rozróżniają ich ludzie -

odczytałem dzienne rozkazy

o zapalaniu i gaszeniu gwiazd

udzieliłem aniołowi pochwały

a diabłu nagany

przyjęli to ze spokojem

rozeszliśmy się w zgodzie

pod naporem doskonałości świata

akant.org: