akant.org aktualny numer archiwum dodatki kontakt

Wojciech Ślusarczyk - Seks i śmierć, czyli łabędzi śpiew w świetle wybranych źródeł antycznych

(0 głosów, średnia ocena 0 na 5)

Europejska kultura posiada przebogatą sferę symboliki. Niebagatelne miejsce zajmuje w niej łabędź. Ptak ten intrygował ludzi każdej epoki, zaprzątając uwagę prostaczków1 i wizjonerów2. Tak jak podstawy kultury europejskiej należy widzieć w antyku, tak samo w nim trzeba szukać początku znaczenia łabędzia jako symbolu. Zawierał on w sobie specyficzny melanż, łączący pojęcia: śmierci, życia, miłosnego aktu, hermafrodytyzmu, boskiej mocy i wreszcie nieśmiertelności. Penetrując znaczenia tego symbolu, podążamy po zamkniętym obiegu, w którym trudno wyznaczyć odrębne odcinki. Wymienione wyżej znaczenia nierozerwalnie łączą się ze sobą. Spróbujmy jednak przebyć tę drogę.
Na początku należy zapytać o to, z jakimi łabędziami mogli mieć styczność Pelazgowie, a potem Grecy i Rzymianie. Prawdopodobnie gatunkiem spotykanym przez nich najczęściej był łabędź niemy (cygnus olor). Dziś ptak ten podejmuje niekiedy dalekie wędrówki, lecąc z europejskich i azjatyckich legowisk aż do północnej Afryki3. Zapewne podróżował tak też i w starożytności, przebywając czasowo w świecie greckim. Łabędź krzykliwy, żyjący dziś w Skandynawii4 nie był raczej spotykany przez starożytnych. Być może wieści o nim docierały na teren basenu Morza Śródziemnego, przenoszone przez wędrowców5. Prawdopodobnie informacje na temat tych dwóch gatunków zlały się ze sobą, wytwarzając mylne pojęcie „łabędziego śpiewu". Będzie ono istotne dla naszych dalszych rozważań.


Mitologia grecka zna pięciu mężczyzn o imieniu ??????6 (gr. łabędź). Ich postacie łączy ze sobą tanatologiczny kontekst. Jednocześnie śmierć stanowi w większości przypadków początek życia. Jeden z mężczyzn został zabity z polecenia Apollona, gdyż napadał na pielgrzymów zmierzających do Delf7. Drugim zaopiekował się łabędź, ratując porzucone niemowlę, którym był ów ??????, od niechybnej śmierci8. Trzeci został zabity przez Achillesa9. Jednak ulitował się nad nim Posejdon i przywrócił mu życie, zmieniając go jednocześnie w łabędzia10. Czwarty został zmieniony w łabędzia przez Dzeusa, gdy opłakiwał śmierć swego przyjaciela, Featona11. Piąty popełnił samobójstwo, a zaraz po nim zabiła się jego matka12. Powodowany litością Apollon, wskrzesił obydwoje pod postacią łabędzi13. Łabędź jawi się więc jako istota pokonująca śmierć. Aby jednak można było mówić o triumfie życia, musiał nastąpić zgon. Paradoksalne? Tylko pozornie.

W świecie przyrody tylko dzielące się nieustannie bakterie zyskują w ten sposób jednostkową „nieśmiertelność"14. Organizmy, rozmnażające się drogą płciową, zostały przez naturę skazane na starzenie się i w konsekwencji śmierć15. W odróżnieniu od kopiującej się nieustannie bakterii, potomek, powstały w skutek aktu płciowego, jest nową istotą. Akt płciowy, będący warunkiem śmierci rodziców, jest też gwarancją powstania nowego życia – potomstwa16. Widzimy więc, iż z jednej strony aktu płciowego znajduje się śmierć a z drugiej nowe życie17. Nie powstałoby ono, gdyby nie fakt zaistnienia aktu płciowego, a więc i śmierci. Akt płciowy jest więc w pewnym sensie zwieńczeniem życia – jego ostatecznym przejawem18.


„Mógłbym bez żalu, niewiasto równa boginiom,

Łoża z tobą zaznawszy, w głębiny zstąpić Hadesu19"


-wyznaje Afrodycie, przebranej za śmiertelniczkę, oczarowany nią Anchizes. Endymion, martwy za dnia, ożywa nocą, by uprawiać miłość z Selene20. O świcie jednak umiera ponownie. Także w kulturze Rzymu miłość cielesna łączyła się ze śmiercią. W życie Lukrecji i Tarpei wdarła się seksualna namiętność, za co obie zapłaciły życiem21. Zarówno u Rzymian, jak u Greków uczucie to łączone było z łabędziem.

„Spiesz się... Cudną, śnieżną szyję otocz miłośnie ramiony22"


-zwraca się Owidiusz do czytelnika. Dalej zaś pisze:

„Jeśli boski blask miłości mają twoje śnieżne uda,

Jeżeli czarują oczy twej łabędziej szyjki cuda,

(...)23".


Pod koniec „Sztuki kochania" czytamy:

„Skończyłem moją opowieść.

Niech wam pożyteczna będzie

Pora już z mego rydwanu

Wyprzęgać białe łabędzie...24"

Rzymska mozaika z Cypru z III w. p.n.e. przedstawia roznegliżowaną Ledę25, która wabi znajdującego się obok łabędzia, ukazując mu pośladki oraz trącając jego dziób zwiewną, trzymaną w dłoni szatą26. Grecki krater z 420 – 410 r. p.n.e. przedstawia kąpiącą się kobietę, zaskoczoną przez Satyrów27. Całemu zajściu przygląda się para łabędzi28. Seksualny charakter tej sceny jest oczywisty. Zarówno seks jak i śmierć łączą w sobie słowa Klitemnestry na temat martwych kochanków - Agamemnona i Kasandry:


„(...)

Kary należnej nie uszły ich czyny:

Bo oto z niego trup – a ona łabędź,

Ostatnią piosenkę zawiódłszy przedśmiertną

Leży przy lubym, a ja nad ich łożem

Miłości – szczytu rozkoszy dochodzę29".


Znaczenie „łabędziego śpiewu" bliskie jest orgazmowi, traktowanemu jako ostateczne, przedśmiertne spełnienie, uzyskane dzięki zespoleniu się mężczyzny i kobiety. Połączeni w akcie miłosnym, przeżywając orgazm, przez chwilę równi stają się boskim istotom, zyskując ich moc30. W mitach z różnych stron świata często odnajdujemy wątek boskich i hermafrodytycznych istot31. Bóg starotestamentowy nie posiada płci32. Jest więc hermafrodytą33. Hermafrodytą jest egipski Atum34. Jego imię posiadało też żeńską wersję „Atumet"35. W kulturze minojskiej żeńskie odpowiedniki posiadają: Djeus (gr. Dzeus) – Diwia, Poseidaon (gr. Posejdon) Posidaia36. Identyczną z minojską, żeńską wersję Dzeusa znali też Achajowie37. Również Germanie znali męskiego Freya i jego żeński odpowiednik Freyję38. Wszystkie te przykłady świadczą o pierwotnym hermafrodytycznym charakterze bóstw. Posiadały one na co dzień moce, dostępne dla ludzi tylko podczas (powiązanego ze śmiercią) orgazmu. Jedną z nich była umiejętność wieszczenia. Świadectwem tego jest mit mówiący o wieszczku Tejrezjaszu, zamienionym przez Dzeusa i Herę w kobietę39. U łabędzi nie istnieje dymorfizm płciowy, jeśli chodzi o upierzenie40. Laikowi trudno rozpoznać ich płeć. Prawdopodobnie starożytni nie mogli oprzeć się wrażeniu, iż ptaki te są hermafrodytami41. Posiadają więc zdolność wieszczenia. Być może seksualny wątek znaczenia symbolu łabędzia wpłynął na to, iż łabędzie wieszczyły najczęściej tylko w obliczu swojej śmierci, dając temu wyraz łabędzim śpiewem. Ezop przytacza niemego łabędzia, którego kupiec nabył ze względu na powszechne mniemanie o pięknym śpiewie tych ptaków. Gdy łabędź milczał, note48anc">48. (...) widział też łabędzia, który dla odmiany postanowił wybrać życie człowieka, a inne muzykalne zwierzęta tak samo49".


W starożytności istniało przeświadczenie iż dusze poetów – śpiewaków, wstępują po ich śmierci w ciała łabędzi50. Mitologia przypisuje łabędzie Apollonowi, bogowi muzyki.


„Febie, ciebie i łabędź opiewa, łopocząc skrzydłami,

Który przechadza się brzegiem pełnego wirów Peneju.

Ciebie także i pieśniarz mający dźwięczną formingę

Miłym głosem opiewa na wstępie i na końcu swej pieśni51".
Bóg ten narodził się (wraz z siostrą Artemidą) na wyspie Delos. Był synem Latony i Dzeusa52. Zaraz po narodzinach, nad wyspą łabędzie zatoczyły w powietrzu siedem kręgów53. Następnie Apollon zaprzągł je do swego rydwanu i poleciał na północ54, do kraju Hyperborejczyków55. Potem udał się do Delf, gdzie zabiwszy Pytona, otrzymał od Matki Ziemi dar wieszczenia56. Relacja między Apollonem, a Pytią posiada charakter seksualny. Możemy bowiem postrzegać Pytię jako nieuświadomioną (co do przyszłości) dziewicę, z którą Apollon łączy się, zapładniając ją57. Efektem zapłodnienia jest wizja przyszłości58. Taką wizją obdarzył też Apollon łabędzie.

Historia narodzin Apollona wiąże się w pewien sposób z mitem o Ledzie i Dzeusie. Matka Apollona - Latona, nazywana była również Leto lub Lat59. Imiona te pokrewne są kupiec postanowił go zjeść.


„Ten z początku nie odzywał się, ale gdy spostrzegł, że grozi mu śmierć, zaczął opłakiwać swój los [śpiewem]42."


Tak samo zareagował inny, opisywany przez Ezopa, łabędź, gdy groziła mu śmierć :

„Schwytany łabędź zaśpiewał pieśń żałobną (...)43."

Spójrzmy, co o wieszczących łabędziach w pisze w Fedonie Platon:


„Widać (...), że wieszczego daru nie mam nawet tyle, co łabędzie. One, kiedy widzą, że im umierać trzeba, śpiewają podobnie jak i przedtem; ale wtedy przede wszystkim i najwięcej śpiewają; z radości, że mają odejść do boga, któremu przecież służą44." „A ludzie, ponieważ się sami śmierci boją, roznoszą fałszywe wieści o łabędziach. I mówią, że one płaczą, że one z bólu śpiewają przed śmiercią, a nie liczą się ludzie z tym, że żaden ptak nie śpiewa,(...) gdy cierpi i umiera. (...) Myślę, że to ptaki Apollona, więc mają wieszczy dar i z góry wiedzą, jak tam dobrze w Hadesie (...).45"


Podobnie o wieszczeniu łabędzi pisze Cyceron w „Rozmowach tuskulańskich". Przytacza słowa Sokratesa:


„(...) wszyscy dobrzy i mądrzy ludzie powinni postępować jak łabędzie, nie bez powodu poświęcone Apollonowi, bowiem zda się, iż obdarzył je przeczuciem rzeczy przyszłych (...).46"


Cyceron do łabędziego śpiewu przyrównał również przedśmiertną mowę Licyniusza Krassusa:


„Ta mowa była, iż tak rzekę, śpiewem łabędzim (...).47"


Łabędzi śpiew może też być znamieniem wspomnianego wyżej triumfu nad śmiercią, a więc nieśmiertelności. Platon w „Państwie" przytacza relację świadka, który w cudowny sposób wrócił z zaświatów. Powiada on iż:


„(...) widział duszę Orfeusza, jak wybierała żywot łabędzia przez odrazę do płci żeńskiej. (...) Orfeusz poniósł śmierć z ręki kobiety, więc nie chciał przychodzić przez ciało kobiety60. Lada może oznaczać tyle samo, co Leda61. Leda zaś odbyła stosunek seksualny z Dzeusem, ukrywającym się pod postacią łabędzia62. To tylko jedna z wersji mitu, najbardziej jednak popularna i najważniejsza dla naszych rozważań. W efekcie owego aktu narodzili się Dioskurowie i Helena63. Ich ojciec zaś zamieścił na niebie gwiazdozbiór łabędzia64. Zestawienie tych dwu mitów pokazuje nam, że ojcem Apollona, będącego panem łabędzi, jest Dzeus pod postacią łabędzia.

W przytaczanych powyżej przykładach łabędzie i ich śpiew zawsze występują w kontekście seksu i śmierci, a także boskiej - hermafrodytycznej mocy, której przejawem jest wieszczenie. Praca ta jest zaledwie sygnałem, informującym o istnieniu takiego problemu badawczego. Wymaga on zgłębienia przez specjalistów, którzy zajmują się kulturą antyku. Niezbędne jest także o wiele bardziej gruntowne oparcie o źródła.


Źródła

Aeschylus, Agamemnon. Tragedya Esychylosa, przekł. Z. Węclewski, Poznań 1856.

Bajki ezopowe, przekł. M. Golias, Ossolineum 1961.

Hymny homeryckie, przekł. W Appel, Toruń 2001.

Marek Tuliusz Cyceron, Pisma filozoficzne, t. 3, przekł. W. Kornatowski, J. Śmigaj, Warszawa 1961.

Marek Tuliusz Cyceron, Dzieła zebrane, t. 6, tłum. E. Rykaczewski, Kórnik 1873.

Owidiusz, Sztuka kochania, przekł. J. Ejsmond, Warszawa 1922.

Platon, Fedon, przekł. R. Legutko, Kraków 1995.

Platon, Państwo, przekł. W. Witwicki, Kety 1997.


Opracowania

D. Chyła, Kult Ateny Partenos w starożytnej Grecji, Bydgoszcz 2004.

J. E. Cirlot, Słownik symboli, Kraków 2000.

Apteka „Pod Łabędziem"150 lat, red. A. Drygas, Bydgoszcz 2003.

R. Graves, Mity greckie, Warszawa 1974.

P. Grimal, Miłość w starożytnym Rzymie, Warszawa 2005.

P. Grimal, Słownik mitologii greckiej i rzymskiej, Ossolineum 1990

P. Lombardii, Filozof i czarownica. Rozum i świat magiczny, Warszawa 2004.

P. Lorie, Przesądy, Warszawa 1993.

K. Myśliwiec, Eros nad Nilem, Warszawa 1998.

G. Neret, Erotica Universalis, Koln 1994.

E. Papuci – Władyka, Sztuka starożytnej Grecji, Kraków 2001.

J. Ruffie, Seks i śmierć, Warszawa 1997.

G. Thomson, Egea prehistoryczna, Warszawa 1958.

Wielka Encyklopedia przyrody, red. B. Zasieczna, Warszawa 1999.

T. Zieliński, Starożytność bajeczna, Katowice 2005.



1 P. Lorie, Przesądy, Warszawa 1993, s. 141.

2 J. E. Cirlot, Słownik symboli, Kraków 2000, s. 239.

3 Wielka Encyklopedia przyrody, red. B. Zasieczna, Warszawa 1999, s. 96.

4 Ibidem, s. 97.

5 Niestety na obecnym etapie badań autor snuć może jedynie przypuszczenia. Zagadnienie to wymaga osobnych i wnikliwych badań.

6 P. Grimal, Słownik mitologii greckiej i rzymskiej, Ossolineum 1990, s. 196.

7 Ibidem, s. 196.

8 Ibidem, s. 196.

9 Ibidem, s. 196.

10 Ibidem, s. 196.

11 Ibidem, s. 196.

12 Ibidem, s. 196.

13 Ibidem, s. 196.

14 J. Ruffie, Seks i śmierć, Warszawa 1997, s. 7.

15 Ibidem, s. 7.

16 Ibidem, s. 47.

17 P. Grimal, Miłość w starożytnym Rzymie, Warszawa 2005, s. 137 i 242. Autor przytacza w tej pracy przykłady kultów Wenus i Izydy, obiecujących triumf nad śmiercią poprzez miłość cielesną, dającą potomstwo.

18 Możemy też rozumieć inicjację seksualną jako śmierć dziecka, a narodziny jednostki dorosłej. (G. Thomson, Egea prehistoryczna, Warszawa 1958, s. 28. ) Potwierdzałoby to powyższe stwierdzenie, iż triumf nad śmiercią zależny jest od faktu jej zaistnienia.

19 Hymny homeryckie, Hymn do Afrodyty V 153 – 154.

20 Hymny homeryckie, przekł. W. Appel, Toruń 2001, s. 300.

21 Grimal, Miłość, op. cit., s 34.

22 Owidiusz, Sztuka kochania II, XV.

23 Owidiusz, Sztuka kochania III, XXXI.

24 Owidiusz, Sztuka kochania III, XXXIV.

25 Mit o Ledzie zostanie rozpatrzony w dalszej części pracy.

26 G. Neret, Erotica Universalis, Koln 1994, s. 55.

27 E. Papuci – Władyka, Sztuka starożytnej Grecji, Kraków 2001, s. 268.

28 Ibidem, s. 268.

29 Ajschylos, Agamemnon 15.

30 Ruffie, op. cit., s. 186.

31 Ibidem, s. 240.

32 Ibidem, s. 187.

33 Ibidem, s. 187.

34 K. Myśliwiec, Eros nad Nilem, Warszawa 1998, s. 22.

35 Ibidem, s. 43.

36 D. Chyła, Kult Ateny Partenos w starożytnej Grecji, Bydgoszcz 2004, s. 20.

37 Ibidem, s. 24.

38 Religie Bliskiego Wschodu i dawnej Europy, red. J. Keller, Warszawa 1981, s. 230.

39 J. Niżkiewicz, Tajemnice dawnej medycyny, Gdańsk 2003, s. 150.

40 Wielka Encyklopedia przyrody, op. cit., s. 96.

41 Ponadto dwojako mogła być postrzegana łabędzia szyja. Z jednej strony jako przejaw delikatnej kobiecości, a z drugiej jako falliczna manifestacja. W. Kopaliński, Słownik symboli, Warszawa 1990, s. 209.

42 Ezop, Łabędź.

43 Ezop, Łabędź.

44 Chodzi tu o Apollona, o którym będzie jeszcze mowa (przyp. autora).

45 Platon, Fedon 84 E, 84 B.

46 Cyceron, Rozmowy tuskulańskie I 30.

47 Cyceron, O mówcy III, II.

48 Ta mizoginia ma jednak podłoże jak najbardziej heteroseksualne.

49 Platon, Państwo X.

50 Apteka „Pod Łabędziem"150 lat, red. A. Drygas, Bydgoszcz 2003, s. 102.

51 Hymny homeryckie, Hymn do Apollona H XXI 1-4.

52 Grimal, Słownik, op. cit. , s. 34.

53 Ibidem, s. 34.

54 Czyli tam skąd prawdopodobnie przybywały do Grecji łabędzie.

55 Grimal, Słownik, op. cit., s 34.

56 T. Zieliński, Starożytność bajeczna, Katowice 2005, s. 19.

57 P. Lombardii, Filozof i czarownica. Rozum i świat magiczny, Warszawa 2004, s. 148.

58 Ibidem, s. 149.

59 R. Graves, Mity greckie, Warszawa 1974, s. 198.

60 Ibidem, s. 199.

61 Thomson, op. cit., s. 469.

62 Graves, op. cit., s. 198.

63 Ibidem, s. 199.

64 Ibidem. s. 198.


+ 6
+ 9
 

Zobacz też

Losowo

Tadeusz Lira-Śliwa - Los poety

Woroneż, miasto obwodowe w Rosji, leży nad rzeką Woroneż, w pobliżu jej ujścia do Donu. To historyczne miasto, wzmiankowane w 1177 roku, liczy obecnie 800 tysięcy mieszkańców. Można powiedzieć, że jest typowym ośrodkiem przemysłowym. Miłośnicy architektury znajdą w tym mieście dwa wartościowe zabytki: cerkiew Nikolską (XVIII w.) i pałac Potiomkina (XVIII w.).

Dlaczego piszę o Woroneżu?... W tym roku czytelnicy otrzymali nową książkę poetycką EDMUNDA PIETRYKA "Azyl w Woroneżu" (poznań 2007). Tytułowy utwór jest pierwszym wierszem zbioru... Dlaczego doświadczony poeta (autor kilkudziesięciu tomów wierszy) ujawnia główne przesłanie książki?... Myślę, że ten "przewodni wiersz" wprowadza nas w nostalgiczny klimat całego zbioru. "W bezsenną noc" poeta prosi o "azyl w Woroneżu / Osipa Mandelsztama" (s. 3). Czy Osip Mandelsztam (1891 - 1938), wielki rosyjski poeta, przebywał w Woroneżu?... Miłośnicy poezji znają tragiczne koleje losu twórcy liryków pt. "Zeszyty woroneskie" (1935 - 1938; wydane zostały po śmierci poety, Waszyngton - Paryż, 1964 - 1981). O. Mandelsztam przebywał na zesłaniu w Czerdyniu (1934 - 1937), na osobisty rozkaz Józefa Stalina, a po pewnym czasie został przeniesiony stamtąd do obozu w Woroneżu. Należy dodać, że jego wiersz o J. Stalinie przyczynił się do tej zsyłki (*** "Żyjemy tu, nie czując pod stopami ziemi...", przekład: Stanisław Barańczak).

Wróćmy jednak do biografii E. Pietryka. Autor "Azylu w Woroneżu" urodził się w 1938 roku w Orańczycach (Kresy Wschodnie); mieszka w Poznaniu. Nadmieniłem w tym tekście, że bohater tytułowego wiersza prosi o "azyl w Woroneżu / Osipa Mandelsztama"... Przyjmuje go tam 

Więcej …

Z archiwum

Henryk J. Mielcarek - Dziwne zdarzenie

Najpierw był sen. Znalazłem się oto na pustej, piaszczystej plaży nadmorskiej, ciągnącej się od horyzontu na wschodzie, po horyzont na zachodzie. Zachodnie niebo świeciło jeszcze jasnym, perłowym blaskiem, gdy wschodnie czerniało już czernią nocy bez gwiazd. Tu gdzie stałem, po środku, zmierzchało. Znad morza, od północy, nadciągała niska, szeroka na cały widnokrąg, czarna, ponura chmura. Jej cień odbijał się w morzu i nadawał jego toni barwę atramentu. Toni, lecz nie wodzie. Rozbryzgi uderzających o brzeg fal, w perłowej poświacie zachodu lśniły czysto, krystalicznie. Cały ten nadmorski pejzaż składał się z samych przeciwieństw. Czerń nocy na wschodzie i biel srebrem lśniącego na zachodzie nieba. Atramentowa toń i przejrzyście czysta woda. Nawet niby jednorodnie szary piasek plaży, był sam w sobie przeciwieństwem. W równej bowiem mierze składał się z białych jak mleko, co i czarnych jak węgiel ziarenek.

Ujrzany we śnie obraz zdumiewał nie tylko tym. Nie byłem na plaży sam. Towarzyszyła mi dziewczyna, lecz poza nami próżno by szukać jakichkolwiek innych przejawów życia. Ani źdźbła trawy na brzegu, ani lecącego w powietrzu ptaka, ani żadnej ryby czy strzępu wodorostu w morskiej wodzie. Również żaden ślad dawnego życia, nawet tak błahy jak okruch muszelki, nie dawał się wypatrzyć na piasku. Dziewczyna chodziła po plaży, jakby czegoś szukała. Może bursztynu, ale ani razu nie schyliła się, by podnieść choćby najmniejszy jego okruch.

Ten mroczny pejzaż nie przygnębiał. Sama obecność dziewczyny, mojej dawnej ogromnej miłości, była źródłem zadziwiającej, wewnętrznej radości. Ośmielam się powiedzieć - cudownego zachwytu. Teraz, w tym śnie, byłem bardziej szczęśliwy niż wtedy, gdy znałem ją w młodości, na jawie.

Z tym poczuciem ogromnego szczęścia obudziłem się. Otworzyłem oczy. W mroku nocy prostokąt okna jaśniał blado światłem lamp ulicznych, a nieopodal cicho tykał zegar. Gdyby nie on, cisza dzwoniłaby w uszach. Leżałem przez chwilę z oczami szeroko otwartymi, ale ani obraz snu, ani towarzyszące mu poczucie szczęścia, nie przemijały.

Nawet w niebie nie będzie człowiek tak szczęśliwym” pomyślałem, a tego przekonania nie zmącił najmniejszy nawet cień zwątpienia. Po chwili znów spałem.

* * *

Ten dziwny sen przyśnił mi się pod koniec lutego, a w drugiej połowie marca złożyłem mojej owdowiałej siostrze, jedną z kolejnych, cotygodniowych wizyt. Widocznie tego dnia gdzieś się śpieszyłem, bo wyszedłem od niej wcześniej niż zwykle, jeszcze nim na ratuszowej wieży zegar zaczął wydzwaniać południe. Zazwyczaj z podwórza domu gdzie mieszka siostra, wychodzę wschodnią bramą, prosto na przystanek tramwajowy. Tym razem wyszedłem bramą południową i skręciłem w lewo, w stronę Starego Rynku. Tuż przy narożniku kamienicy, na niskim zydelku siedział jakiś chudy i blady chłopak. Na podniszczonej, guzikowej harmoszce wygrywał tęskne melodie. „Znowu jakiś niszczyj” - pomyślałem z niechęcią, chociaż jego wygląd w niczym nie przypominał rodzimych, czy spotykanych nieomal na każdym kroku, cygańsko-rumuńskich żebraków. Nie patrzył tępo w ziemię jak tamci. Można by powiedzieć, że przyglądał się wszystkiemu z życzliwym zainteresowaniem. I ludziom, i niebu, i zieleniejącym nieśmiało drzewom. Wyglądał na nie więcej niż 17 lat, a ubrany był schludnie, chociaż staroświecko i ubogo. Niezdarne, sznurowane ponad kostkę kamasze, kurtka z dermy pamiętająca zapewne czasy Chruszczowa i pstra, zrobiona na drutach czapka. Mijając go, widziałem kątem oka jak odprowadza mnie wzrokiem. I wtedy, gdy pozostał już kilka kroków poza mną, usłyszałem nie wiem skąd dochodzące wołanie:

- Jeszcze jeden krok, a już się nie cofniesz.

Stanąłem jak wryty. Wyłuskałem jakiś pieniądz z kieszeni kurtki i wróciłem do harmonisty. Na dnie starego, leżącego przed nim kapelusza, zobaczyłem samotną monetę jednozłotową. „Biedny chłopak” pomyślałem ze współczuciem. Prawie jeszcze dzieciuch, zapomniany przez najbliższych, próbujący z dala od swoich zarobić na utrzymanie. Przywiodło mi to na myśl scenkę z własnego dzieciństwa. Oto w pokoju, o oknach zasłoniętych storami, leżę chory na odrę. Nikogo poza mną nie ma w domu, a z podwórka dobiegają głosy bawiących się hałaśliwie rówieśników. Boże! Byli razem, a ja leżałem samotny i jak mi się wydawało, zapomniany przez wszystkich.

Na to wspomnienie, ten młody harmonista stał mi się zadziwiająco bliski. Po wrzuceniu datku, podnosząc wzrok z nad kapelusza, chciałem swoim spojrzeniem wyrazić mu życzliwość, wesprzeć wzrokiem i pocieszyć. Chciałem powiedzieć oczami, że i nad jego domem zaświeci kiedyś słońce. Ale gdy nasze spojrzenia się spotkały, osłupiałem. Jego twarz promieniowała radością. Zobaczyłem człowieka najprawdziwiej i najzupełniej szczęśliwego. Wszystko go cieszyło. Pogodny dzień, spieszący gdzieś ludzie, a zapewne i sama muzyka, prosta i życzliwa. Może cieszyło go też i to, że nie przeszedłem obojętnie, że się cofnąłem. Gdy uprzytomniłem to sobie, jego pogoda ducha i mnie się udzieliła. Teraz i ja poczułem się obdarowany. Obdarowany jego sympatią, a moja radość z tego obdarowania jeszcze się we mnie pomnażała. On nadal siedział, ja nad nim nieco się pochylałem, ale gdy dziś wracam myślami do tamtej scenki, krótkiej jak mgnienie oka, widzę nas obu stojących, wyprostowanych i wielkich. Wielkich wzajemną życzliwością. Wszystko wokół dziwnie zmalało i poszarzało. Ludzie, domy i ulice. Widziałem gdzieś w oddali, w istocie przecież bardzo bliskie, znane mi, ruchliwe skrzyżowanie. Małe teraz, niepozorne, jakby wyjęte z innego, najzupełniej obcego, nie widzianego dotąd świata. Naraz i to się zmieniło. Zniknęło wszystko...

Zdumiony i oszołomiony, nie zauważyłem, nie zapamiętałem chwili mojego stamtąd odejścia. Widzę za to siebie już kilkadziesiąt kroków dalej. Idę jak zwykle spiesznym krokiem, a w głowie mam zamęt: „Co to było? Kim jest ów grajek?”

Minęły trzy dni. W poniedziałek występowałem przed sądem i po zakończeniu rozprawy poszedłem zobaczyć, czy tę dziwną postać zastanę w poprzednim miejscu. W kieszeni płaszcza obracałem w palcach samotną złotówkę. Szatniarz nie dostał spodziewanego napiwku, bo zachowałem monetę na datek dla harmonisty. Niestety! Z daleka zobaczyłem puste miejsce, gdzie poprzednio siedział. W środę, idąc do siostry, też go nie zastałem. Za to tydzień później spotkałem go na rynku Łazarskim. Gdy przechodząc mimo wrzuciłem datek do sfatygowanego kapelusza, usłyszałem za sobą:

- Dziękuję panu za dobra serca!

Czy to aby nie rodak z Wileńszczyzny, której gwara, jak ją zapamiętałem z dawnych lat, obywała się bez rodzaju nijakiego? Postanowiłem z nim porozmawiać. Pierwsze nasze spotkanie - co ustaliłem grzebiąc w pamięci - miało miejsce w piątek. Następną więc wizytę u siostry zaplanowałem na ten właśnie dzień. Zastałem go w tym samym, co za pierwszym razem, miejscu. Kucnąłem przed nim, przywitałem się i zaprosiłem na kawę. Z bliska widać było pierwsze zmarszczki na bladej twarzy i choć nie dostrzegłem śladów zarostu zorientowałem się, że ma więcej lat niż początkowo sądziłem. Zaproszenie przyjął. W pobliskim bistro, pełnym dymu papierosowego i wrzawy tych, co topili w piwie swoje zgryzoty, usiedliśmy przy czarnej kawie. Mój gość na nic więcej nie dał się namówić. Nawet na śmietankę do kawy nie przystał. Zastrzegł, że jest weganem i stąd ta odmowa. Rozmowę zacząłem od siebie. Przyznałem się do wileńskich korzeni i wynikającego stąd mojego zainteresowanie jego polszczyzną. Kończąc, spytałem skąd pochodzi i gdzie nauczył się mówić po polsku.

Powoli dobierając słowa, opowiedział o sobie. Jest Czuwaszem z nad górnej Wołgi, ale obecnie mieszka z żoną i dwójką dzieci na Krymie. Życie tam nie jest łatwe, bo bardzo trudno jest znaleźć pracę, z której dałoby się utrzymać rodzinę. Skończył wprawdzie jakieś technikum, ale wyuczony zawód w dzisiejszych czasach nikogo tam nie interesuje. Imał się wszystkiego. Nawet żołnierki i pszczelarstwa. W końcu postanowił spróbować szczęścia za granicą. W Polsce jest czwarty rok, wynajmuje pokój u pary starszych osób, którymi się po części opiekuje. W ogóle stara się żyć tak jak Chrystus.

Przyjrzałem mu się uważniej, ale nawet cienia zarozumiałości w jego twarzy nie znalazłem. Chyba się przejęzyczył. Chciał pewnie powiedzieć „jak Chrystus nauczał”. Spytałem, czy pamięta nasze pierwsze spotkanie. Starał się je sobie przypomnieć, ale nie przytaknął. A może - pytałem dalej - przypomina sobie jakieś niecodzienne przeżycie z przed kilku tygodni. Pomyślał i zaprzeczył. Postanowiłem zaprosić go do domu na dłuższą rozmowę i wypytać szczegółowo. Podał mi numer telefonu. Niestety do spotkania, nie doszło. Gdy zadzwoniłem, powiedziano mi, że wyjechał na Krym i nie wiadomo kiedy wróci.

* * *

Czas popłynął. Mijały dni, tygodnie, miesiące. Dziwne to zdarzenie zaczęło z mojej pamięci powoli się oddalać. Wyrosłe z zaskoczenia domniemanie, jakoby napotkany harmonista był osobą z innego, lepszego świata, odeszło najprędzej. Zaraz po spotkaniu przy kawie. Natomiast pamięć o samym zdarzeniu trwała. Niestety, przeżytych wtedy odczuć, ich niecodzienności, urody i wielkości, nie potrafiłem w sobie na nowo przywołać. Za to w miejsce tamtych, nieziemsko pięknych wrażeń, coraz mocniej zaczęło we mnie narastać przekonanie, o prawdziwej istocie życia. Nasz rzeczywisty, uwikłany w matnię czasu świat, wydal mi się teraz prowizoryczną, jakby pobieżnie naszkicowaną scenografią człowieczego na nim bytowania. Tak bardzo umiłowany przez nas ziemski mikrokosmos, to w istocie swej nic innego - tak to teraz czułem - jak vanitas. Marność i nieistotność. Nawet przecudowne uczucie, jakim darzyłem kiedyś wyśnioną dziewczynę, tak potężne, że większego nie spodziewałbym się nawet w niebie zastać, teraz dziwnie przybladło. Czymże więc było tamto zdarzenie i to, co dzięki niemu, przecież nie we śnie a na jawie przeżyłem? Lekcją pokory? To najpewniej. Pycha moja (Nawet w niebie nie będzie człowiek tak szczęśliwym), ustąpiła miejsca zawstydzeniu, bo najcudowniejsze z ludzkich uczuć, zapamiętane z młodości i przeżyte na nowo we śnie, pozostało daleko w tyle za szczęściem niecodziennym, doświadczonym wprawdzie na prozaicznej ulicy najzwyklejszego z miast, to przecież tak ogromnym i pięknym, że nie dającym się, w sposób po ludzku zrozumiały, wyrazić. Czy jeszcze czymś? Może to niezwykłe poruszenie serca, jakie w opisanym zdarzeniu było moim udziałem, poruszenie, którego opisać nie potrafię, a które w tamtą chwilę mną owładnęło, chwilę krótką jak mgnienie oka, a zarazem wielką po Nieskończoność, pozwoliło mi, mimo całej mojej a nie uświadamianej dotąd mizerii, być po prostu świadomym Boga.

Poznań zimą 2003 roku

Z archiwum

Jerzy Suchanek - "PISK SILIKONU W JEJ PIERSIACH"
Sen, że jedzie się wciąż nie tam, gdzie by się chciało... Któż go nie śnił? To powszechny sen epoki podróży wszystkich wszędzie. Epoki, która zaczęła się w 1841 roku, kiedy to pan Thomas Cook zorganizował pierwszą wycieczkę pociągiem. Ten sen jest koszmarem, którego intensywność zależy jednak bardziej od samego śniącego, niż od np. fatalnego stanu organizacyjno-technicznego polskiego kolejnictwa.

Podróże nocą są snami, sny są nocnymi podróżami. Książką „Pędzące noce w wagonach. Opowiadania” Ewa Klajman-Gomolińska zabiera nas w oniryczną rzeczywistość, której obraz zdaje się zmieniać z prędkością pędzącego pociągu. Miga, pulsuje, jak krajobraz za oknem ekspresu lub pospiesznego - wtedy, gdy taki pociąg jedzie, choć jak ostatnio zauważyłem, czas postojów naszych pociągów jest dłuższy niż czas ich jazdy. Już tytułowe opowiadanie wciąga nas  w nerwowy kalejdoskop, jakby fotografie w fotoplastikonie zmieniały się co ćwierć sekundy, jakby komputerowy pokaz slajdów polegał na migotliwym nakładaniu kolejnego zdjęcia na poprzednie. Wszystko jest zmienne, ikony rzeczywistości mieszają się z ikonami rzeczywistości wirtualnej, medialnej. Wszystko jest, lub może być w każdej chwili czym innym. „(...) Warszawa to Mount Everest (...)”, a gdy „(...) Chodzimy po warszawskiej Starówce (...) zmienia się w gdańską Starówkę i pachnie morzem. (...)”

Więcej …

Z archiwum

Maria Danuta Betto - wiersze

Przemiany

 

Noc

odchodząc

zamknęła oczy gwiazdom

zaszył się księżyc

w trzcinach

pobliskiej rzeki

wspina się słońce

nad miastem

sąsiadka

krzykiem otwiera drzwi 



* * *

Poszarzało

deszcz przepędził komary

strach

w pajęczynie zamieszkał

i straszy

procesję mrówek

błogosławi las

drąży drzewo

żarłoczna larwa

mijam szczątki ptaków

jesień

wzmaga apetyt 



Kobiety

Niczym posągi Moa

na wzgórzu złudzeń

uparcie

wypatrują swojego mężczyzny

czasami

na obrzeża snu

wabi je kolorowy motyl

w letarg popadają

lub

z dala od świata

w kamieniołomie bólu

twardnieją

inne

świat uwiódł

pobiegły za echem

rozpełzłym na drobne spotkania

tylko

niektóre z nich

tańczą bałwochwalczo

przed spełnionym marzeniem

akant.org: